*Recenzja książki Tillie Cole "Tysiąc pocałunków" powstała przy współudziale Zuzi B., mojej kuzynki.*
Tytuł: Tysiąc pocałunków
Autor: Tillie Cole
Data premiery: 17 maj 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 440
"W uśmiechu promienie słońca, w sercu poświata księżyca."
"Tysiąc pocałunków" to historia dwójki młodych ludzi, którym życie nie szczędziło cierpień. Dla Rune'a końcem świata był moment, w którym musiał wyjechać. Opuścić swoją ukochaną na całe dwa lata. Lecz, jak się okazuje, nie to było najgorsze. Będzie on musiał kolejny raz zawalczyć o swoją miłość, a walka ta będzie wyjątkowo trudna, przypominająca walkę z wiatrakami. Poppy też nie ma łatwo. Z dnia na dzień musi podjąć drastyczne kroki, by uchronić bliskich od cierpienia. A następnie zawalczyć o siebie. Bez względu na to, co się wydarzy, los jest już przesądzony. Lecz miłość ma to do siebie, że jest silniejsza niż wszystko inne i przezwycięży nawet nawet śmierć.
Książka napisana została w typowo młodzieżowym stylu. Pokazuje młodzieńczą miłość w sposób wyidealizowany, cukierkowy, dla mnie momentami aż za słodki. Praktycznie na każdym kroku mamy do czynienia z ich pocałunkami. Blee.. no ileż można! Przecież związek, nawet ten "gimnazjalny" nie opiera się jedynie na pocałunkach. Ponadto bohaterowie praktycznie się nie rozstają. Rozumiem dramatyzm sytuacji, że chcą spędzić ze sobą jak najwięcej czasu, ale tu nie mają w ogóle życia rodzinnego. Każde z nich poświęca się drugiemu, nie zważając na nic innego.
"Każdy z nas ma kogoś, kto niesie go w trudnych chwilach przez wydarzenia, od których nie sposób się uwolnić. Bez względu na to, czy chodzi o Boga, czy ukochaną osobę lub o Stwórcę i człowieka razem, kiedy czujemy, że nie możemy iść dalej, zawsze jest ktoś, kto nam pomaga... kto nas niesie."
Jak dla mnie, książka jest też bardzo schematyczna. Zakochani, którzy muszą się rozstać, rozpaczają z powodu rozstania, a potem muszą walczyć z przeciwnościami losu. Niezrozumieni przez resztę świata, która chce im przeszkodzić. Wplecenie wątku choroby zdecydowanie obniżyło jakość całej książki, ponieważ Poppy cały czas wplatała w rozmowę dramatyczne cytaty o końcu życia, a Rune zapewniał o swoim całkowitym oddaniu.
Momentami książka bardzo przypominała mi bohaterów książki "Gwiazd naszych wina", wycieczka za granicę, kolacja przy świecach, list.. Za dużo zbiegów okoliczności.
No i koniec. Proszę Państwa, tu nie było żadnego zaskoczenia. Od momentu pojawienia się wątku choroby, już wiedziałam, jak to się skończy. Ale epilog? Co to było? Autorka chciała dodać jeszcze więcej dramatyzmu historii? A może miała na celu uzmysłowienie wszystkim parom, że śmierć nie jest końcem, lecz tak naprawdę początkiem? Tego nie wiem i pewnie się nie dowiem.
Od początku książki miałam duży problem z główną bohaterką. Bardzo irytowało mnie jej zachowanie. Zakładanie z góry, że ona wie, co będzie dobre dla innych. Że ona to wie lepiej od nich samych. Nawet jeżeli kogoś się dobrze zna, to przecież nie można wiedzieć, jak dana osoba zachowa się w konkretnej sytuacji. Na szczęście, potem jej zachowanie uległo poprawie. Ba, nawet ostatecznie pomogła w przemianie Rune'a, za co nawet ją polubiłam.
"Dlaczego trzeba stanąć w obliczu śmierci, by nauczyć się doceniać każdy dzień? Dlaczego musimy czekać, aż niemal skończy nam się czas?"
Wbrew oczekiwaniom autorki, nie uroniłam ani jednej łzy. Owszem, momentami ilość smutku była przytłaczająca, ale nie doprowadziła mnie do płaczu. Nie oznacza to bynajmniej, że nie jestem osobą wrażliwą, wręcz przeciwnie, chyba tych przykrych sytuacji było na tyle sporo, że przeczytane słowa w książce nie wywarły na mnie aż takiego wrażenia.
Moim zdaniem książka jest bardzo mocno przereklamowana. Czytając opinie wielu innych osób, miałam co do niej bardzo wysokie wymagania, wskutek czego bardzo się rozczarowałam. Dlatego jeśli macie chęć sięgnąć po nią w przyszłości, to pomińcie wszelkie jej opinie i zachwyty, bo może nie spełnić Waszych oczekiwań. Czy ją polecam? Być może młodszym czytelnikom bardziej przypadnie do gustu, gdyż opowiada o wymarzonej miłości, mocno wyidealizowanej. A chyba każda nastolatka kiedyś o takiej marzyła.
"Żyj mocno, kochaj mocniej. Doganiaj marzenia, szukaj przygód... chwytaj chwile. Żyj pięknie."
Dla Zuzi książka również była schematyczna, ale miała swój urok. Poppy to dla niej bohaterka która pokazuje jak walczyć, tak naprawdę nie walcząc. Starała się być silna do samego końca. Jednak czy 15/17 latków stać na taką miłość, mimo dojrzałości i przeżyć? Czy przypadkiem wkładanie bohaterom w usta tak dojrzałych słów nie było zbyt śmiałym posunięciem? Mimo przewidywalnego końca jednak poleciało kilka łez, ale raczej głównie przez opis uczuć bliskich Poppy. Miłość dwojga nastolatków była bardzo słodka, czasami przesłodzona. Bez względu na ich problemy i tragiczny końca. Czy pocałunki i bliskość to wszystko? Przecież pary mają sobie o wiele więcej do zaoferowania, pocałunki i bliskość to zaledwie ułamek całości. Książkę czyta się szybko, ale najwięcej zależy od podejścia samego czytelnika. Jeśli nie macie wobec niej żadnych oczekiwań, może Was pozytywnie zaskoczyć. Natomiast, jeśli narobiliście sobie nadziei na bardzo dobrą opowieść, godną łez, to może Was zawieść.
Za możliwość przeczytania "Tysiąc pocałunków" Tillie Cole chciałybyśmy bardzo podziękować Patrycji, z @kredziaczyta, która zorganizowała Book Tour, w którym miałyśmy przyjemność uczestniczyć.
Sama miałam oczekiwania co do książki, bo tyle zachwytów się naczytałam i też się zawiodłam. To znaczy, historia ogólnie ładna, ale ma wiele minusów, na które nie mogłam przymknąć oka. Bardzo schematyczna, przewidywalna, za dużo właśnie tej słodkości o której piszesz. Sądziłam, że będzie lepiej. :/
OdpowiedzUsuńCzytałam i bardzo mi się podobała. Nawet kilka razy płakałam.
OdpowiedzUsuńNie czytałam tej książki i chyba nie mam zamiaru.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
adventureinthelibrary.blogspot.com
Mam nadzieję, że to nie przeze mnie :)
UsuńDla mnie całość była tak słodka, że aż za słodka i przekolorowana. Szkoda, bo pomysł na książkę ciekawy, gorzej z wykonaniem. Pozdrawiam 😁
OdpowiedzUsuń